wtorek, 2 grudnia 2014

Wściekłe sprzątanie.

nascendi
Dojmujące pragnienie zmian w życiu. Przechodzę na wegetarianizm. Nie. Wracam do niego
po 5-letniej przerwie. Siadam na podłodze i niszczę czasopisma. Szarpię z nich artystycznie
malownicze strony, które przyciągnęły wzrok. O jesiennym smutku, o sycących, rozgrzewających,
barwnych potrawach na jesień, o angielskich pledach w czerwono-czarno-białą kratkę.
Pod takim leżałam u swojego przyjaciela w sobotni, późny wieczór. Poił kolorowymi
drinkami (drań - w niedzielę czułam się na tyle świetnie, że już wiem, że alkoholu
tam było może ze dwie średnie krople), nakarmił ostrą jak diabli kolacją. Gotował
ją w czterech garnkach na tak gwałtownym ogniu, że zaprotestowałam. Życzliwie polecił
i się zamknąć. Zaproponował klucze do swojego mieszkania. Nie, podziękowałam, z
ociąganiem wróciłam do siebie. Przez chwilę pobyłam w nie swoim, ale bardzo przyjaznym
świecie. Doberman został nakarmiony paluszkami (pół dla mnie, pół dla Ciebie), angorska
kotka z absurdalnym dzwoneczkiem na szyi ogrzała kolana. Nie chcę uciekać. Przed
własnym zagubieniem. Przed własnym, bardzo istotnym czasem.
Kolejne kartki lądują w małych, białych szufladach biurka z niebieskim, coraz bardziej
posprzątanym blatem.
Czarny worek w rogu pokoju, zawsze myślę o nim "na zwłoki ciotki", powoli zapełnia
się niepotrzebnymi papierami. Wszystkie ciotki żyjące mam.
Głośno jazzowy "Farat" pięknej Anny Marii.
Tkwię nieruchomo, chociaż mam ochotę pokopać w ścianę.
Rozczulają dwa utwory. "Wszystkie cnoty". I "Możliwe".
To ja - refleksyjność i grzech.
Czerwona lustrzanka wkręcona w przypływie antycypowanego jesiennego smutku pali pokój
w zimnych barwach hi-tech.
Kim ja, do cholery, jestem?
Jest za późno na mycie okien.
Tęsknię za miłością.
Bezradnie.
Serotonina wychwytywana jest na tyle zwrotnie, że łzy nie płyną. Duszą się.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.