wtorek, 2 grudnia 2014

Choroba.

Pisałem wcześniej, kilka tygodni temu, o moim lokatorze. Pisałem, co zostawił po sobie. Jaki, to był – mówiąc nieparlamentarnie – bajzel. Przepraszam Was za to brzydkie słowo, ale i tak jest ono delikatne, w porównaniu z tym, co tam, w tym pokoju narobił!
Miałem taki zamiar, że opiszę Wam, jak robiłem remont, jak po tym remoncie sprzątałem, jak myłem okna, podłogę i wszystkie inne sprzęty. Niestety, nie mam o czym pisać, bo to nie ja robiłem. Musiałem poprosić ludzi o pomoc. Rozchorowałem się, i musiał robić to ktoś inny! I tym prostym sposobem... ale może od początku.
Jak już pisałem, rozchorowałem się, i nie wiem, czy z nerwów, czy może z nieostrożności. Spędziłem kilkanaście dni w szpitalu, i kiedy wróciłem, wszystko było już prawie gotowe.
Będąc już w szpitalu zadzwoniłem do znajomego, tak zwanej złotej rączki, i dałem mu klucze do mieszkania z prośbą: zrób w pokoju, tu powiedziałem w którym, to co uważasz za niezbędne i potrzebne. Poszedł.
Po kilku godzinach dzwoni. Kto tu mieszkał?! Co tu się działo? Jak mogłeś na takie coś pozwolić!
I tu miał rację, jak mogłem na to pozwolić?
Sprawa jest bardzo prosta – miałem do człowieka zaufanie! Człowieka? - czy takiego bałaganiarza można nazwać człowiekiem? Okazuje się, że Rosjanie mają piękne i życiowe przysłowia! W tłumaczeniu brzmi takie jedno – ufaj, ale sprawdzaj! I to są święte słowa! Mądrości ludowe są bardzo trafne!
W następnym wpisie opowiem co mówił o remoncie i sprzątaniu mój znajomy – złota rączka!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.