Pisałem
wcześniej, kilka tygodni temu, o moim lokatorze. Pisałem, co
zostawił po sobie. Jaki, to był – mówiąc nieparlamentarnie –
bajzel. Przepraszam Was za to brzydkie słowo, ale i tak jest ono
delikatne, w porównaniu z tym, co tam, w tym pokoju narobił!
Miałem taki
zamiar, że opiszę Wam, jak robiłem remont, jak po tym remoncie
sprzątałem, jak myłem okna, podłogę i wszystkie inne sprzęty.
Niestety, nie mam o czym pisać, bo to nie ja robiłem. Musiałem
poprosić ludzi o pomoc. Rozchorowałem się, i musiał robić to
ktoś inny! I tym prostym sposobem... ale może od początku.
Jak już
pisałem, rozchorowałem się, i nie wiem, czy z nerwów, czy może z
nieostrożności. Spędziłem kilkanaście dni w szpitalu, i kiedy
wróciłem, wszystko było już prawie gotowe.
Będąc już
w szpitalu zadzwoniłem do znajomego, tak zwanej złotej rączki, i
dałem mu klucze do mieszkania z prośbą: zrób w pokoju, tu
powiedziałem w którym, to co uważasz za niezbędne i potrzebne.
Poszedł.
Po kilku
godzinach dzwoni. Kto tu mieszkał?! Co tu się działo? Jak mogłeś
na takie coś pozwolić!
I tu miał
rację, jak mogłem na to pozwolić?
Sprawa jest
bardzo prosta – miałem do człowieka zaufanie! Człowieka? - czy
takiego bałaganiarza można nazwać człowiekiem? Okazuje się, że
Rosjanie mają piękne i życiowe przysłowia! W tłumaczeniu brzmi
takie jedno – ufaj, ale sprawdzaj! I to są święte słowa!
Mądrości ludowe są bardzo trafne!
W następnym
wpisie opowiem co mówił o remoncie i sprzątaniu mój znajomy –
złota rączka!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.